
„Samochód i płatowiec”, Warszawa 1912
Jan Rychter: Blog [PL]
„Samochód i płatowiec”, Warszawa 1912
Przy dalszym porządkowaniu rodzinnych archiwów natrafiłem jeszcze na dwie szklane płytki ze zdjęciami z II Oddziału Straży Ogniowej w Warszawie, którego mój pradziad był komendantem (w Ratuszu, Senatorska 16), lata 1915-1917. Nieodmiennie zdumiewa mnie, jak dobrze się zachowały. Minęło przecież sto lat! Żadne z używanych przez nas dziś mediów elektronicznych nie ma takiej trwałości.
Książka „The Shallows” Nicholasa Carra (w Polsce „Płytki umysł. Jak internet wpływa na nasz mózg”) dała mi do myślenia. Już samo to powinno cieszyć, bo autor wysuwa tezę, że w dzisiejszych czasach głębokie myślenie zdarza nam się coraz rzadziej. Winny temu jest według autora głównie internet: Google, gdzie niemal dowolne informacje można wyszukać w ciągu sekund, FaceBook zapewniający nieskończony strumień ciągle aktualizowanych informacji, poczta elektroniczna, Twitter… Wszystko to powoduje, że myślimy szybko i płytko, a głęboka refleksja zdarza nam się coraz rzadziej.
Jeszcze bardziej przerażające jest to, że nasze mózgi przez swoją plastyczność potrafią dostosowywać się do stawianych im wymagań — a umiejętności nie używane zanikają. Dlatego taksówkarzom powiększa się część mózgu odpowiedzialna za orientację przestrzenną. Większość z nas zaś, zanurzona w stałym strumieniu rozpraszających nas nieistotnych informacji, dostosowuje się właśnie do wielozadaniowego przetwarzania takich sygnałów. Zatracając umiejętność koncentracji na pojedynczym zadaniu, czy też dłuższego i głębokiego myślenia.
Sam od jakiegoś czasu staram się wycofywać z płycizn. Koniec z Facebook, Google+, wracają do łaski książki i wykłady. Nie jest to jednak łatwe.
Polecam przeczytanie. I przemyślenie.
W ICM (gdzie kiedyś pracowałem) zainstalowano kolejny superkomputer.
Mam coraz większe wątpliwości co do zasadności takich wydatków. Owszem, kilkanaście lat temu superkomputery były niezbędne, bo nie było jak inaczej podejść do skomplikowanych obliczeń, szczególnie tych wymagających dużych ilości pamięci. Teraz jednak czasy się zmieniły. W Amazon AWS mogę w kilka minut mieć uruchomioną instancję cr1.8xlarge z ośmioma procesorami i 244GB pamięci RAM. Mogę też uruchomić całą ich grupę. A gdy już skończę liczyć — mogę je wyłączyć i nie płacić dalej.
Moim zdaniem w Polsce powinniśmy mieć jedno centrum superkomputerowe dla nauki, a nie kilka. W nim powinno być utrzymywanych kilka specjalistycznych maszyn dla naprawdę wyjątkowych potrzeb obliczeniowych. Cała reszta obliczeń powinna zostać przeniesiona do AWS (lub konkurencji). Jest naprawdę mało projektów, które faktycznie potrzebują superkomputerów.
Zamiast tego obserwuję, jak centra „konkurują” na to kto kupi większe maszyny. Budowane są klastry obliczeniowe (co już jest kompletnym nonsensem). Przez to wydajemy fortunę na sprzęt, a wiele innych wydatków pozostaje niezauważonych: przecież sprzęt, który jest „uruchamiany” przez kilka miesięcy (co nie jest rzadkością) kosztuje: jako minimum należy policzyć deprecjację wartości. Podobnie nie zwracamy uwagi na niepełne wykorzystanie, lub udajemy, że wykorzystanie jest stuprocentowe, bo uruchamiane są obliczenia, które wcale nie wymagają aż takich maszyn.
Wolałbym, żeby zamiast licytacji na to kto kupi większy superkomputer, pieniądze dostali do ręki naukowcy prowadzący obliczenia. To umożliwiłoby im kupowanie konkretnej ilości godzin mocy obliczeniowej chociażby w AWS. Równocześnie centra superkomputerowe powinny wystawiać faktury za obliczenia, z realnie policzonym kosztem: uwzględniającym amortyzację sprzętu, koszty prądu, łączności sieciowej, oraz personelu do obsługi. Szybko wtedy okazałoby się kto faktycznie potrzebuje superkomputera i kogo stać, żeby za to płacić.
Koniec — Google ogłosiło zamknięcie Google Reader.
Nie powinno to być dla nikogo niespodziewane: od dawna wiadomo było, że Reader nie ma uzasadnienia ekonomicznego. Znacznie mniejsze było grono użytkowników, mniej też można było o nich zebrać danych niż np. przez Google Mail.
Z jednej strony cieszy mnie, że tak się stało. Google skutecznie zahamowało rozwój programów do czytania RSS na kilka lat, oferując produkt kiepski, ale za to darmowy. Trudno jest konkurować z czymś, co jest rozdawane za darmo. Dlatego dobrze, że Google Reader znika: mamy teraz szansę na konkurencję i lepsze programy.
Z drugiej jednak strony martwię się, że RSS jest spychany na bok. Nie dzieje się tak przypadkowo i jest to element świadomej polityki Google. Kto wierzy w tłumaczenie, że „RSS jest zbyt skomplikowany dla ludzi”, albo że „mało ludzi używa RSS”, ten jest wyjątkowo naiwny. „Mała liczba użytkowników” nie powstrzymała Google od zbudowania np. Google Chrome, pomimo że pozornie start z nową przeglądarką wydawał się być beznadziejny.
Polityka polega na tym, żeby jak najmniej treści pojawiało się na stronach niezależnych, a jak najwięcej w zamkniętych ogrodach typu Google+ lub Facebook. Tam można użytkowników znacznie lepiej śledzić, kontrolować, oferować im znacznie bardziej dochodowe reklamy i zbierać o nich więcej danych. A im więcej treści znajdzie się w takich zamkniętych miejscach, tym więcej ludzi poczuje się zmuszonych do przystąpienia do nich.
Google głośno wykrzykując slogany o „otwartości” równocześnie świadomie dąży do przesunięcia treści do zamkniętych ogrodów, gdzie nie będziemy anonimowi.
Czekam teraz na zamknięcie Google Groups. Prawdopodobnie nie zostanie zamknięte, tylko włączone sprytnie do Google+, jako specjalne fora dyskusyjne dla grup Google+.
Trzy lata temu pokazywałem, jak wyglądają narzędzia pracy Innowacyjnego Przedsiębiorcy. Bardzo się cieszę, że już nie jestem Innowacyjnym Przedsiębiorcą i z Programem Operacyjnym Innowacyjna Gospodarka wspólny mam już tylko okres utrzymania i weksel. Dzięki temu mogę zająć się Nieinnowacyjną Pracą i używać Nieinnowacyjnych Narzędzi.
Gdy zakończy się okres utrzymania i odzyskam weksel, zamierzam obchodzić raz na rok Święto Przykurzenia Się Zszywacza.