Betonujemy miasta

Cieszy mnie, że w końcu zaczyna być podchwytywany temat ciągłego wybetonowywania miast:

A wciąż nie doszło do ważnej próby - wody. Im więcej zabetonowanych i zapłytowanych powierzchni w mieście, tym bardziej gwałtowny przebieg mają ulewy. Deszczówka błyskawicznie spływa do studzienek, a kanalizacja Lindleyowska ma już 130 lat. Czy wytrzyma z nową Świętokrzyską między Nowym Światem i Marszałkowską prawie bez drzew w gruncie, bez trawników i żywopłotów? Prawdziwa próba wody nadejdzie zapewne już jesienią lub na wiosnę. […]

Dlatego w miastach na Zachodzie tak duży nacisk kładzie się na sadzenie drzew przy ulicach i na chodnikach, dba się o trawniki. Przybywa też zielonych dachów na budynkach. Troska o tzw. powierzchnie biologicznie czynne wynika nie tylko z chęci poprawienia mikroklimatu i estetyki - chodzi także o zatrzymanie jak największej ilości wody, zanim trafi ona do kanalizacji burzowej, która ma swoją przepustowość. Firmom budującym domy z dachami, którymi szybko spływa deszcz, co podnosi ryzyko zalewania okolicy, nalicza się podatek. Inwestowanie w ogrody dachowe staje się więc bardziej opłacalne.

Mam wrażenie, że w miejscach gdzie planuje się rozwój miasta dominuje myślenie sprzed kilkudziesięciu lat. Urzędnicy dumni są z wielkich, szerokich, wielopasmowych ulic, oraz z rozległych wyłożonych płytami placów. Wszystkie remonty, wokół których nie podniesie się społeczna wrzawa, kończą się ubytkiem zieleni, przybywa nam za to równych betonowych powierzchni. Przykłady można mnożyć: w Warszawie np. Pasaż Wiecha, nowa Świętokrzyska, czy przerobione ulice Racławicka czy Wołoska. Jest coś w równych betonowych powierzchniach, co wywołuje zadowolenie w urzędniczych umysłach.

Potem efekty są takie, że betonowe pasaże świecą pustkami, bo nikt nie chce tam być i każdy tylko szybko przemyka (Pasaż Wiecha). Na trzypasmowych ulicach, które rozcinają miasto, samochody stoją w korku w trzech rzędach zamiast w jednym, zaś na odcinkach między światłami trwa ciągły wyścig i każdy jest Kubicą. W nowych planach zagospodarowania planuje się rozległe betonowe place w miejscu dzisiejszych parków. Gdy przychodzi zaś burza, wszyscy są nagle bardzo zdziwieni, że kanalizacja miejska nie jest w stanie odprowadzić takich ilości wody.

Mam nadzieję, że w końcu ktoś zauważy, że to nie jest dobre dla miasta. Wyborcy zresztą zaczynają dawać o tym znać — w inicjatywie „Budżet Partycypacyjny” jakoś nikt nie prosił o wybetonowanie dodatkowych powierzchni. Dobrze też, że prasa zaczyna o problemie pisać.

Szkoły, przedszkola i koncepcje urbanistyczne

Wszystkie niepubliczne szkoły w mojej okolicy przeprowadzać będą rekrutację. Egzaminy (!) pozwalają na wyselekcjonowanie tylu dzieci, na ile faktycznie szkoła ma miejsce. Właśnie dowiedziałem się, że w jednej ze szkół w okolicy będzie 14 miejsc dla sześciolatków, z czego 8 prawdopodobnie zostanie zajęte przez rodzeństwo starszych dzieci już chodzących do szkoły. Podań złożono 90.

Jeśli ktoś sądzi, że w szkołach państwowych jest lepiej, to się myli. Dyrektor niedalekiej szkoły podstawowej musi przyjąć 300 dzieci w tym roku do pierwszych klas. Oczywiście nauka odbywać się będzie w systemie zmianowym.

Fenomenalny wyż demograficzny? Bynajmniej. Nakładają się dwa problemy: reforma oświatowa i brak sensownej polityki przestrzennej w Warszawie. Szczególnie irytujący jest ten drugi problem. Zaniedbane przez dziesiątki lat plany zagospodarowania, bezmyślne sprzedawanie przez spółki miejskie wielkich terenów deweloperom i brak spójnej polityki urbanistycznej zaczynają się mścić.

Deweloperzy ochoczo budują wielkie ogrodzone osiedla, sprzedając klientom idylliczną wizję mieszkania w cudownej enklawie. „Ci inni” mają pozostać za płotem. Rzecz jasna deweloperzy nie pozostawiają ani skrawka terenu na szkoły i przedszkola, bo to nie jest opłacalne. A klienci o tym nie myślą, kupując mieszkania, bo przecież zawsze szkoła będzie „w okolicy”. Problem w tym, że są miejsca, gdzie tej „okolicy” już nie ma, tak dużo jest nowych osiedli.

Popatrzmy na konkretny przykład z warszawskiego Mokotowa: miasto, bądź zależne od miasta spółki miejskie sprzedało kilkunasto-hektarowe działki pod osiedle Marina Mokotów, oraz osiedla budowane przez Eko-Park, BRE i MPRO. Działki te zostały całkowicie zabudowane budynkami mieszkaniowymi i biurowymi, bez pozostawienia ani metra kwadratowego na usługi oświatowe.

Nieco lepsza sytuacja jest w „miasteczku Wilanów” (kuriozalna nazwa!), gdzie miasto pod presją Stowarzyszenia Mieszkańców Miasteczka Wilanów obudziło się po kilku latach i wykupiło od deweloperów grunty pod budowę szkoły i przedszkola.

Architekci i urbaniści są tak oderwani od rzeczywistości, że opisują te problematyczne osiedla jako osiągnięcia. Weźmy jako przykład artykuł „Ikony architektury mieszkaniowej w polsce na początku XXI wieku – charakterystyka miejskiego środowiska mieszkaniowego”. Przeczytamy tam o liniach pierzei, kwintesencji nurtu neomodernizmu, czytelnych i konsekwentnych układach urbanistycznych, siatkach ulic, oraz o tym, że „całość skomponowano konsekwentnie według ścisłych reguł urbanistycznych”. Ze ścisłych reguł urbanistycznych nie wynikało, że osiedle na pięć tysięcy mieszkańców potrzebuje wydzielonego miejsca na budowę przedszkola i szkoły podstawowej?!

Moim zdaniem pracownia APA Kuryłowicz & Associates, która opracowywała koncepcje urbanistyczne dwóch z trzech opisywanych osiedli, powinna być znana nie z „ikon architektury mieszkaniowej”, ale z gniotów urbanistycznych, jakimi są wspomniane osiedla. Czy dojrzeliśmy już na tyle, żeby wstydzić się dzielnic miast budowanych w ten sposób?

Wywiad z Leszkiem Balcerowiczem

Leszek Balcerowicz w [wywiadzie] doskonale podsumowuje rządy PO. Już dawno mi się nie zdarzyło tak całkowicie zgadzać z czyjąś opinią — prof. Balcerowicz wyraża doskonale to, co sam czuję. Głównie rozczarowanie.

Dwa kolejne ataki na oszczędności emerytalne w OFE, najpierw w 2011 roku, a potem w 2013. Byłem zaskoczony, nie spodziewałem się, że Tusk, Rostowski, Bielecki, Boni, Sikorski mogą się tak daleko posunąć. Po pierwsze, że mogą robić tak szkodliwą rzecz dla gospodarki. Po drugie, że będą uprawiać tak nieuczciwą propagandę, z taką pogardą dla opinii publicznej. "Ciemna masa to kupi" - cytując klasyka. Po trzecie, z takim lekceważeniem konstytucji.

Warto przeczytać.

Lekarze i homeopatia

Kolejny lekarz zaproponował mi „lek” homeopatyczny. Odmówiłem uprzejmie, wyjaśniając, że nie wierzę w homeopatię. Przez chwilę jeszcze próbował mnie przekonać („to jest fizyka, proszę pana”), ale na szczęście zrezygnował, a ja wykazałem daleko idącą powściągliwość i nie dałem się sprowokować „fizyką”.

Po wyjściu jednak uświadomiłem sobie, że coś tu jest bardzo nie w porządku. Oto byłem u Lekarza Medycyny: człowieka wykonującego zawód regulowany przez państwo. Moja wizyta była opłacona przez NFZ, a więc z państwowego ubezpieczenia społecznego. Powinienem więc się spodziewać, że lekarz będzie stosował metody zweryfikowane naukowo. Intuicja podpowiada mi, że lekarz nie może doradzać mi terapii, których skuteczność nie została potwierdzona.

Oczywiście szanuję prawo do wolności wyznania: każdy może wierzyć w to, co chce. Są więc ludzie, którzy wierzą w Latającego Potwora Spaghetti i dla nich być może idealna kuracja to chodzenie przez tydzień z durszlakiem na głowie. Dopóki jednak w kontrolowanym eksperymencie nie zostanie udowodnione, że taka kuracja faktycznie jest skuteczna — lekarzom nie wolno jej sugerować. Podobnie jak nie wolno sugerować odmawiania modlitw, składania ofiar Swarogowi, czy odprawiania obrzędów voodoo. Nawet jeśli to nie może zaszkodzić.

Wyjaśnię od razu: uważam, że „efekt placebo”, to worek, do którego wrzucamy obecnie mnóstwo niezrozumiałych mechanizmów. Wiem, że organizm potrafi dokonać imponujących rzeczy, które często potem określane są jako „efekt placebo”. Nie twierdzę więc, że specyfiki homeopatyczne nie mogą działać. Lekarz jednak nie jest od leczenia efektem placebo, ani żadnymi innymi metodami, które nie są sprawdzalne naukowo.

Nie widzę rzecz jasna problemu w tym, żeby istnieli „doradcy homeopatyczni”, czy „kliniki homeopatyczne”. Chciałbym jedynie, żeby było wyraźne rozgraniczenie: muszę wiedzieć, czy idę do Lekarza, czy do Doradcy/Znachora. Podobnie jak jest rozgraniczenie pomiędzy „lekiem” a „suplementem diety”.

Jak się okazało, intucja mnie nie myli i w Kodeksie Etyki Lekarskiej czytamy między innymi: „Lekarzowi nie wolno posługiwać się metodami uznanymi przez naukę za szkodliwe, bezwartościowe lub nie zweryfikowanymi naukowo”. Ponieważ homeopatia jest jednogłośnie przez naukę uznana za bezwartościową, a jej skuteczność nigdy nie została zweryfikowana, sugerowanie specyfików homeopatycznych jest naruszeniem Kodeksu Etyki Lekarskiej. Podobnie jak leczenie przez chodzenie z durszlakiem na głowie albo leczenie przez składanie ofiar Swarogowi. Każde może być skuteczne, a jednak nie jest rolą lekarza sugerowanie takich kuracji.

Ktoś może zapytać, dlaczego mnie to tak zdenerwowało? W końcu to nieszkodliwe. Picie wody destylowanej nie może zaszkodzić. Spójrzmy jednak na to inaczej: czy ów lekarz polecający magiczne metody związane z „pamięcią wody” chciałby potem jechać mostem zbudowanym przez inżyniera, wierzącego głęboko w skuteczność wzmacniania przęseł mostu poprzez wachlowanie piórami strusiów szaroskórych (koniecznie po 10 razy w każdą stronę, najlepiej przy świetle księżyca w nowiu)?

Tymczasem homeopatia wkrada się wszędzie i skutecznie udaje medycynę. Mówimy o „lekach” homeopatycznych, chociaż to wcale nie są leki. Nawet nie trzeba ich nazywać „suplementami diety”. W aptece pudełka z owymi „lekami” leżą przemieszane z faktycznymi lekami. Na pudełkach z papierosami państwo każe drukować ostrzeżenia o ich szkodliwości, ale już na „lekach” homeopatycznych nie ma ani słowa o tym, że ich skuteczność nie została w żaden sposób wykazana.

I co najgorsze, zadziwiająco często lekarze takie „leki” polecają.

Bezpłatny Brak Dostępu do Internetu, czyli Aero2 i CAPTCHA

Usłyszałem od Mamy, że ma kłopoty z dostępem do Internetu przy pomocy Aero2 (BDI). Sam dawno nie używałem, więc spróbowałem — i zamiast internetu przywitał mnie brak łączności oraz (po jakimś czasie) takie okienko:

aero2-1.png

Powie ktoś — zdarza się! Wystarczy kliknąć strzałki i pokażą się nieco czytelniejsze gryzmołki. Spróbowałem:

Join “jwr-aero2”-2.jpg

i jeszcze:

Join “jwr-aero2”-4.jpg

nie zrażałem się jednak:

i próbowałem dalej:

…aż zrezygnowałem.

Moim zdaniem Aero2 Sp. z o.o. robi sobie żarty z Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Z umowy, która była warunkiem uzyskania koncesji, wynika, że:

"Aero2 Sp. z o. o. zobowiązana jest do zapewniania we wskazanym okresie nieodpłatnego, powszechnego dostępu do sieci Internet z użyciem co najmniej 20% pojemności sieci działających z wykorzystaniem będących w dyspozycji Spółki częstotliwości, przy objęciu zasięgiem BDI co najmniej 75% pokrycia ludnościowego."

To, co Aero2 Sp. z o.o. w tej chwili udostępnia to nie jest dostęp do sieci Internet. Włączywszy urządzenie nie mam dostępu do sieci Internet. Mam dostęp do strony z gryzmołkami. Co będzie jutro? Dwie strony? Cztery kody? Konieczność zadzwonienia celem odblokowania? Wpisanie kodu z SMS?

O ile automatyczne rozłączanie co godzinę było (choć naciągane) jeszcze w granicach zdrowego rozsądku, o tyle w tej chwili nie widzę, jak można uważać, że spełnione są warunki umowy. Dostęp do sieci Internet to nie jest to samo co „dostęp do sieci Internet po przejściu wybranych przez Aero2 Sp. z o.o. przeszkód, ustanawianych wedle uznania operatora”.

Ze stron UKE można dowiedzieć się, że:

Urząd Komunikacji Elektronicznej wychodząc naprzeciw oczekiwaniom użytkowników BDI wystąpił do spółki Aero2 o przedstawienie wyjaśnień, rozważenie zmian formy prezentowania kodu oraz przedstawienie końcowych efektów rozmów z organizacjami zrzeszającymi osoby niepełnosprawne.

Drodzy urzędnicy z UKE! Nie dawajcie się robić w balona. Dyskusja nie powinna być o „rozważeniu zmian formy prezentowania kodu”, tylko o braku dostępu do sieci Internet, czyli naruszeniu warunków umowy.