Lekarze i homeopatia

Kolejny lekarz zaproponował mi „lek” homeopatyczny. Odmówiłem uprzejmie, wyjaśniając, że nie wierzę w homeopatię. Przez chwilę jeszcze próbował mnie przekonać („to jest fizyka, proszę pana”), ale na szczęście zrezygnował, a ja wykazałem daleko idącą powściągliwość i nie dałem się sprowokować „fizyką”.

Po wyjściu jednak uświadomiłem sobie, że coś tu jest bardzo nie w porządku. Oto byłem u Lekarza Medycyny: człowieka wykonującego zawód regulowany przez państwo. Moja wizyta była opłacona przez NFZ, a więc z państwowego ubezpieczenia społecznego. Powinienem więc się spodziewać, że lekarz będzie stosował metody zweryfikowane naukowo. Intuicja podpowiada mi, że lekarz nie może doradzać mi terapii, których skuteczność nie została potwierdzona.

Oczywiście szanuję prawo do wolności wyznania: każdy może wierzyć w to, co chce. Są więc ludzie, którzy wierzą w Latającego Potwora Spaghetti i dla nich być może idealna kuracja to chodzenie przez tydzień z durszlakiem na głowie. Dopóki jednak w kontrolowanym eksperymencie nie zostanie udowodnione, że taka kuracja faktycznie jest skuteczna — lekarzom nie wolno jej sugerować. Podobnie jak nie wolno sugerować odmawiania modlitw, składania ofiar Swarogowi, czy odprawiania obrzędów voodoo. Nawet jeśli to nie może zaszkodzić.

Wyjaśnię od razu: uważam, że „efekt placebo”, to worek, do którego wrzucamy obecnie mnóstwo niezrozumiałych mechanizmów. Wiem, że organizm potrafi dokonać imponujących rzeczy, które często potem określane są jako „efekt placebo”. Nie twierdzę więc, że specyfiki homeopatyczne nie mogą działać. Lekarz jednak nie jest od leczenia efektem placebo, ani żadnymi innymi metodami, które nie są sprawdzalne naukowo.

Nie widzę rzecz jasna problemu w tym, żeby istnieli „doradcy homeopatyczni”, czy „kliniki homeopatyczne”. Chciałbym jedynie, żeby było wyraźne rozgraniczenie: muszę wiedzieć, czy idę do Lekarza, czy do Doradcy/Znachora. Podobnie jak jest rozgraniczenie pomiędzy „lekiem” a „suplementem diety”.

Jak się okazało, intucja mnie nie myli i w Kodeksie Etyki Lekarskiej czytamy między innymi: „Lekarzowi nie wolno posługiwać się metodami uznanymi przez naukę za szkodliwe, bezwartościowe lub nie zweryfikowanymi naukowo”. Ponieważ homeopatia jest jednogłośnie przez naukę uznana za bezwartościową, a jej skuteczność nigdy nie została zweryfikowana, sugerowanie specyfików homeopatycznych jest naruszeniem Kodeksu Etyki Lekarskiej. Podobnie jak leczenie przez chodzenie z durszlakiem na głowie albo leczenie przez składanie ofiar Swarogowi. Każde może być skuteczne, a jednak nie jest rolą lekarza sugerowanie takich kuracji.

Ktoś może zapytać, dlaczego mnie to tak zdenerwowało? W końcu to nieszkodliwe. Picie wody destylowanej nie może zaszkodzić. Spójrzmy jednak na to inaczej: czy ów lekarz polecający magiczne metody związane z „pamięcią wody” chciałby potem jechać mostem zbudowanym przez inżyniera, wierzącego głęboko w skuteczność wzmacniania przęseł mostu poprzez wachlowanie piórami strusiów szaroskórych (koniecznie po 10 razy w każdą stronę, najlepiej przy świetle księżyca w nowiu)?

Tymczasem homeopatia wkrada się wszędzie i skutecznie udaje medycynę. Mówimy o „lekach” homeopatycznych, chociaż to wcale nie są leki. Nawet nie trzeba ich nazywać „suplementami diety”. W aptece pudełka z owymi „lekami” leżą przemieszane z faktycznymi lekami. Na pudełkach z papierosami państwo każe drukować ostrzeżenia o ich szkodliwości, ale już na „lekach” homeopatycznych nie ma ani słowa o tym, że ich skuteczność nie została w żaden sposób wykazana.

I co najgorsze, zadziwiająco często lekarze takie „leki” polecają.

Bezpłatny Brak Dostępu do Internetu, czyli Aero2 i CAPTCHA

Usłyszałem od Mamy, że ma kłopoty z dostępem do Internetu przy pomocy Aero2 (BDI). Sam dawno nie używałem, więc spróbowałem — i zamiast internetu przywitał mnie brak łączności oraz (po jakimś czasie) takie okienko:

aero2-1.png

Powie ktoś — zdarza się! Wystarczy kliknąć strzałki i pokażą się nieco czytelniejsze gryzmołki. Spróbowałem:

Join “jwr-aero2”-2.jpg

i jeszcze:

Join “jwr-aero2”-4.jpg

nie zrażałem się jednak:

i próbowałem dalej:

…aż zrezygnowałem.

Moim zdaniem Aero2 Sp. z o.o. robi sobie żarty z Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Z umowy, która była warunkiem uzyskania koncesji, wynika, że:

"Aero2 Sp. z o. o. zobowiązana jest do zapewniania we wskazanym okresie nieodpłatnego, powszechnego dostępu do sieci Internet z użyciem co najmniej 20% pojemności sieci działających z wykorzystaniem będących w dyspozycji Spółki częstotliwości, przy objęciu zasięgiem BDI co najmniej 75% pokrycia ludnościowego."

To, co Aero2 Sp. z o.o. w tej chwili udostępnia to nie jest dostęp do sieci Internet. Włączywszy urządzenie nie mam dostępu do sieci Internet. Mam dostęp do strony z gryzmołkami. Co będzie jutro? Dwie strony? Cztery kody? Konieczność zadzwonienia celem odblokowania? Wpisanie kodu z SMS?

O ile automatyczne rozłączanie co godzinę było (choć naciągane) jeszcze w granicach zdrowego rozsądku, o tyle w tej chwili nie widzę, jak można uważać, że spełnione są warunki umowy. Dostęp do sieci Internet to nie jest to samo co „dostęp do sieci Internet po przejściu wybranych przez Aero2 Sp. z o.o. przeszkód, ustanawianych wedle uznania operatora”.

Ze stron UKE można dowiedzieć się, że:

Urząd Komunikacji Elektronicznej wychodząc naprzeciw oczekiwaniom użytkowników BDI wystąpił do spółki Aero2 o przedstawienie wyjaśnień, rozważenie zmian formy prezentowania kodu oraz przedstawienie końcowych efektów rozmów z organizacjami zrzeszającymi osoby niepełnosprawne.

Drodzy urzędnicy z UKE! Nie dawajcie się robić w balona. Dyskusja nie powinna być o „rozważeniu zmian formy prezentowania kodu”, tylko o braku dostępu do sieci Internet, czyli naruszeniu warunków umowy.

Jak uchronić nasze pieniądze przed ZUS

Rząd już zabrał z otwartych funduszy emerytalnych połowę naszych oszczędności, teraz zaś zabiera się za zabranie reszty. Nie każdy wie, że tylko do końca lipca można składać deklaracje pozostania w OFE. Ponieważ sam taką deklarację składałem i byłem zawiedziony informacjami na ten temat, opisuję dokładnie jak to zrobić:

  • Drogą „papierową”: deklaracja jest do ściągnięcia z Ministerstwa Finansów w PDF, lub do wypełnienia elektronicznie na stronach ZUS. Po wydrukowaniu należy ją osobiście zanieść do najbliższego oddziału ZUS, albo wysłać do ZUS pocztą.
  • Drogą elektroniczną, wygodną dla tych, którzy już mają zaufany profil w systemie ePUAP (spora część czytelników tego bloga to przedsiębiorcy, więc pewnie już taki profil mają, a jeśli nie — to warto!). Uwaga, tego oświadczenia nie ma w ePUAP! Jest w systemie ZUS PUE, do którego można się logować za pomocą profilu ePUAP. Tam też nie jest łatwo znaleźć deklarację:
    • trzeba zalogować się do ZUS PUE,
    • wejść w „Usługi -> Katalog usług elektronicznych”,
    • wpisać „OFE” do pola „Filtruj” i kliknąć „Filtruj”,
    • z listy wybrać „Oświadczenie członka OFE o przekazywaniu składki do OFE” (ZUS-US-OFE-01),
    • oświadczenie wypełnić, podpisać profilem ePUAP i złożyć elektronicznie.

Warto nie odkładać tego w czasie, bo łatwo potem zapomnieć. Termin lipcowy nie jest przypadkowy: wtedy większość z nas będzie na urlopach.

Dlaczego uważam, że warto pozostać w OFE?

  • Moje pieniądze w ZUS nie są już moje: są zapisem, poddanym kaprysom polityków. Zapisy mogą podlegać indeksacjom, reindeksacjom, przeniesieniom, wyrównaniom, rozkładaniu wypłat, lub innym ładnie nazwanym przez polityków operacjom.
  • ZUS jest niewydajną instytucją podporządkowaną politykom.
  • Informatyzacja ZUS jest jednym z większych skandali jakie znam.
  • Uważam, że moje oszczędności powinny zasilać przedsiębiorstwa giełdowe, a nie być natychmiast przejadane przez dzisiejszych emerytów.
  • Wycofanie pieniędzy z OFE spowoduje wyprzedawanie posiadanych przez nie akcji na giełdzie.

Cała operacja jest doraźnym ratowaniem budżetu. Skonstruowana jest tak, żeby nikt się na czas o niej nie dowiedział, żeby zadziałanie było trudne i niejasne, oraz żeby domyślna bezczynność skutkowała automatycznym przeniesieniem do ZUS. Wzruszająco szczerze przyznaje to w „Gazecie Wyborczej” Bogusław Grabowski (członek Rady Gospodarczej przy premierze):

„– I bardzo dobrze, że nikomu nie będzie się chciało otwierać tych kilkunastu plików. Ludzie w ogóle nie powinni dowiedzieć się o wyborze OFE czy ZUS. A dopiero w sierpniu powinni się zorientować, że wszyscy zostali przeniesieni w całości do ZUS”.

Nacjonalizacja oszczędności zgromadzonych w funduszach emerytalnych pogrąża w moich oczach Platformę Obywatelską. Zawsze wiązałem nadzieje z liberalizmem gospodarczym i rozsądkiem ekonomicznym tej partii. Niestety, okazuje się, że w Polsce wszystkie główne siły polityczne tęsknią za socjalizmem. Nie mam na kogo głosować.

Dlaczego OFE nie prowadzą kampanii namawiając ludzi do pozostania w II filarze? Otóż rząd tego zakazał: wyłamanie się z zakazu reklamy grozi karą trzech milionów złotych. Dlatego o całej sprawie jest tak cicho: nawet media boją się za głośno odzywać, bo kara jest groźna. Na szczęście ja nie jestem dziennikarzem i nikogo nie reklamuję, więc mogę o sprawie napisać.

Dla tych, którzy chcą dowiedzieć się więcej:

Niekompetencja: długość hasła

„Hasło: wartość jest dłuższa niż dopuszczalne 10 znaków”. Nie pierwszy raz widzę podobny komunikat. Zastanówmy się jakie mogą być techniczne powody ograniczenia długości hasła:

  • Transmisja danych przez sieć: czy dodatkowe kilkadziesiąt znaków zrobi różnicę?
  • Przetwarzanie haseł w pamięci: czy dodatkowe kilkadziesiąt bajtów w RAM zrobi różnicę?
  • Przechowywanie haseł w bazie (na dysku): tu (mam nadzieję?) i tak nie są trzymane same hasła, więc zajmowane miejsce jest takie samo dla każdego hasła, niezależnie od ilości znaków.
  • Obliczanie funkcji KDF (lub skrótu) z haseł: czy naprawdę kilkadziesiąt dodatkowych znaków zrobi różnicę?

Nie ma żadnego racjonalnego powodu dla narzucania takich ograniczeń na długość hasła. Tego typu limity są wynikiem czyjejś bezmyślności: ot, łatwiej było wpisać wyssaną z palca liczbę (10 znaków), niż zastanowić się jak to ograniczenie faktycznie powinno wyglądać.

Czasy, gdy pojedynczy człowiek używał tylko kilku serwisów w sieci i był w stanie pamiętać hasła do nich, już dawno minęły. Teraz każdy albo używa tego samego hasła w wielu serwisach (błąd), albo używa narzędzi zarządzających hasłami. Mój 1Password pamięta 717 loginów — niemal wszystkie hasła mam automatycznie generowane. Długość generowanego hasła ustawia się suwakiem: chciałbym nie schodzić poniżej 16 znaków, a najchętniej wszędzie mieć 30.

Następnym więc razem gdy przyjdzie pora na zaprogramowanie limitu długości hasła, wpisz drogi Programisto taki limit, jaki faktycznie ma sens, żeby np. uniknąć możliwości ataków typu denial-of-service. Sto znaków, 255 znaków, 1024 znaki — wiele wartości może mieć tu sens. Na pewno jednak nie 10.

Cztery lata i nic się nie zmieniło

Znajomy Przedsiębiorca przysłał mi zdjęcie Narzędzi Pracy Innowacyjnego Przedsiębiorcy. Jak widać po czterech latach niewiele się zmieniło.

Znamienne jest, że Znajomy Przedsiębiorca nie chciał się ujawniać ani opisywać dokładnie swoich doświadczeń. Nie dziwię się: ja również pamiętam o podpisanym przeze mnie wekslu na całość wartości projektu, jaki leży w czeluściach urzędniczych szuflad. Mało kto odważy się napisać negatywnie o programach unijnych do czasu gdy nie dostanie z powrotem do ręki owego weksla.